Blond zombie – krótkie opowiadanie

Brama otwierała się jak zwykle powoli. Czarne pręty leniwe sunęły, tworząc miarowe migotanie cienia na szarej kostce. Słońce stało wysoko, panosząc się na bezchmurnym błękitnym niebie. Było ciepło, jak na październik.

Sabina niecierpliwie dudniła palcami o kierownicę swojego małego fiata Tico, czkając, aż brama w końcu się otworzy. Dzieciaki porozwożone do szkoły siedziały już pewnie przy szkolnych ławkach, wsłuchując się w poranne uwagi i wskazówki pani.  Miała pełne pięć godzin pozbawione wrzasku, krzyków, przepychanek i ciągłego wołania: „Mamo!”.  Kochała swoje córki, może nawet zbyt mocno, lękając się ciągle o ich bezpieczeństwo i samopoczucie. Przyzwyczaiła się już do kąśliwych uwag w rodzinie, że jest nadopiekuńcza, że przesadza i że wychowa je na kaleki niepotrafiące same zawiązać sobie sznurówek. Jednak Sabina zupełnie się tym nie przejmowała, robiąc swoje i – według własnego przekonania – umacniając więź pomiędzy sobą a córkami.

Musiała przyznać, że pomimo ciągłej chęci trzymania córek stale przy sobie, ceniła te chwile samotności, wypełnione ciszą i błogim spokojem. Pierwsze dni szkoły po wakacjach, gdy dziewczynki były na lekcjach, czuła się dziwnie i nienaturalnie w domu. Nikt jej nie potrzebował, żadnych sprzeczek o książkę czy lalkę i nieustannego podawania soczków lub ciasteczek. Z czasem polubiła te godziny relaksu, nawet jeśli zabierała się wtedy za sprzątanie. Dziś planuje trochę poukładać na półkach, a resztę czasu spędzi pijąc kawę i czytając gazety.  Ponieważ jej mąż Marek miał dzień wolny od pracy, zapewne dołączy się do porannego przeglądu prasy.

Zaparkowała przed bramą garażową, ustawiając samochód  przodem do wyjazdu i szybkim krokiem  ruszyła w stronę drzwi wejściowych.

W kuchni czekał na nią krajobraz „po –śniadaniowy”: dwa talerze z kilkoma okruszkami po chlebie, ulubione żółte kubki Marysi i Oli, a na blacie brudna deska, nóż, masło i biały ser. Ranki zawsze wypełnione były pośpiechem i nerwami. Sabina dwoiła się i troiła, by ściągnąć córki z łóżka. Te dwa małe lenie uwielbiały wylegiwać się w ciepłej kołdrze i na miękkiej poduszce. Wczesne budzenie było dla nich koszmarem, do którego nie były w stanie przyzwyczaić się przez cały rok szkolny.

Krzątając się po kuchni towarzyszyły jej dwa dominujące odgłosy: równomierne mruczenie czajnika, które było zapowiedzią aromatycznej i gorącej kawy oraz chaotyczne chrapanie Marka, za każdym razem kończące się głośnym świstem. Sabina związała, lekko siwiejące już włosy, w niedbały kucyk i wyciągnęła worek pełen śmieci. Związała folię i ostrożnie wyniosła worek do  dużego kosza, który oznajmiał swoją obecność przy bramie duszącym smrodkiem stęchłych odpadków.

Gdy wracała już w stronę domu, usłyszała brzęk o metalowe ogrodzenie, któremu towarzyszyło dziwne charczenie.  Odwróciła się natychmiast, pewna, że ujrzy bezpańskiego psa, których pełno tu ostatnio łaziło po polach.

 – Cholera jasna, co to jest? – Sabina patrzyła zdziwiona na kobietę uwieszoną na jej bramie, która wymachiwała bezwładnie rękoma, wpatrując się w nią niewidzącym wzrokiem. Wyglądała dość groteskowo i przerażająco jednocześnie. Jej potargane blond włosy okalały twarz wykrzywioną  dzikim grymasem.  Skóra nabrała niezdrowego sinobiałego koloru, a oczy zaszły matową mgłą zakrywając ich mokry blask, jak u nieboszczyka.

 – Halo, przepraszam, czy dobrze się pani czuje? – Głos jej drżał, gdyż ten niecodzienny widok wyprowadził ją z równowagi. Instynkt podpowiadał, by nie podchodzić za blisko, stała więc ze trzy metry od bramy, nie wiedząc co począć.

 – Proszę pani, co się stało? Czy mam wezwać pogotowie?

Odpowiedziało jej tylko niskie gulgotanie, wydobywające się z ust chorej blondynki. Sabina postała jeszcze chwilę, czując jak lęk rozprzestrzenia się po całym ciele. Zaczęła wycofywać się w kierunku drzwi, nie spuszczając kobiety z oczu. Gdy poczuła chrapowatą powierzchnię elewacji pod palcami, zatrzymała się i krzyknęła w głąb mieszkania.

 – Marek, obudź się! Marek, słyszysz?! – Jednak to ona usłyszała, jak mąż przewraca się na drugi bok, mrucząc coś pod nosem. – Marek, cholera jasna, obudź się, natychmiast! Coś się dzieje! – Co raz bardziej ogarniała ją panika. Postać uwieszona na bramie nie przestawała się poruszać . Nieartykułowane dźwięki wydobywające się z ust blondynki kojarzyły się Sabinie z pomrukami ich starego bojlera, który nagrzewając się w łazience parskał i gulgotał donośnie.

 – MAREK!!!!! – krzyk pełen strachu wyrwał się jej z płuc.

 – Idę, idę babo, czego się drzesz. – Głos męża dotarł do niej z wiatrołapu i przyniósł Sabinie poczucie chwilowego bezpieczeństwa.

W granatowych bokserkach, rozciągniętej podkoszulce i poczochranej brodzie sięgającej klatki piersiowej, Marek nie prezentował się korzystnie. Sabina nawet przez sekundę pomyślała, że pasuje do kobiety przy bramie, której pognieciona garsonka wisiała na niej niechlujnie, ubrudzona jakimś piachem i gdzieniegdzie nawet podarta.

 – Co jest? Okres masz czy coś. – Patrzył na nią zaspany i drapał się  ostentacyjnie po jajach.

 – Spójrz na tę kobietę, coś z nią jest nie w porządku. – Sabina z chęcią przeniosła wzrok z obleśniej postaci męża na jasnowłosą panią o niepokojącym wyglądzie.  Marek niechętnie podążył za jej spojrzeniem  i zatrzymał go na kobiecie napierającej na bramę. Przyglądał się kilka sekund,  nie przestając miętosić przyrodzenia po czym ruszył w jej stronę. Sabina szybko złapała go za ramię.

 – Nie podchodź za blisko, może ona jest chora i jeszcze cię zarazi  – powiedziała to szeptem nie chcąc urazić blondynki, choć podświadomość podpowiadała jej, że to nie ma już żadnego znaczenia.

 – Sabina, ty mało bystra jesteś, bo książek nie czytasz. Ta baba przy bramie to zombiaczka zwykła.

Sabina z niedowierzaniem otworzyła szeroko oczy.

 – Bój się Boga, Marek. Co ty wygadujesz? Chyba ci to piwo mózg wyżarło całkowicie. Powinnam zadzwonić po pogotowie. – Puściła rękę męża i pozwoliła mu przyjrzeć się temu nietypowemu zjawisku.

Marek odchodząc odwrócił się jeszcze do niej i stwierdził:

 – Nie masz po co dzwonić. Trzeba jej rozwalić łeb, bo inaczej wszystkich pozaraża.

Zawsze walczyła z nim o porządek na podwórku. Nie kazał jej nic sprzątać, bo to co poza domem było jego królestwem. Nie wtrącał jej się nigdy do prowadzenia domu, choć tak naprawdę nie miał o co się czepiać. Sabina, ze swoją manią czystości, codziennie odkurzała, ścierała kurze i szorowała łazienkę z toaletą. Nie potrafiła spokojnie usiąść, jeśli kilka okruszków leżało pod stołem czy odrobina pyłku pokrywała cukierniczkę. Tym bardziej więc, bolał ją bałagan wokół domu. Niepoukładane drewno na opał, stare zabawki po dziewczynkach, narzędzia ogrodnicze i jakieś pręty.

I teraz właśnie, jeden z takich prętów dzierżył w dłoni  jej mąż,  zbliżając się powoli do kobiety. Gdy zmniejszył dystans, postać wyraźnie ożywiła się, donośniej wypluwając z siebie gardłowe mlaskania. Jej ręce przyśpieszyły bezładny taniec, próbując dotknąć zbliżającego się człowieka.

Sabina już chciała krzyknąć, by odrzucił metalowy patyk, gdy Marek z całym impetem wbił go w głowę jasnowłosej kobiety uwieszonej na bramie.

Przyciskając usta dłońmi, próbowała stłumić wrzask. Nie była w stanie się ruszyć, szok i lęk sparaliżował jej ciało. Miała wrażenie, że zaraz zwróci poranne śniadanie. W dwie sekundy jej świat stanął do góry nogami.

Marek z zadowoleniem odwrócił się od dokonanego dzieła, otarł twarz z plam krwi, które trysnęły na niego gdy przebijał łeb blond laluni.

Potem, stojąc już obok żony, poklepał ją znacząco po plecach i oznajmił:

 – Tak to się robi, żonko. A teraz jedziemy po dziewczynki.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *